środa, 5 lipca 2017

Cena do negocjacji

O cho cho! A kto to powrócił? Proszę się nie przyzwyczajać, nie mam pojęcia co ze mną dalej będzie.
Wpadam na chwilę, bo mam przemyślenie, które mnie mocno zastanawia. Obserwuję kilka grup sprzedażowych na fejsbuku, codziennie przekopuję olx i gumtree i co chwilę spotykam się z ogłoszeniami, w których sprzedający podaje cenę, ale z dopiskiem DO NEGOCJACJI. Psychologiem nie jestem, na marketingu może też się nie znam, ale stawiam się w roli kupującego. Zainteresowała mnie ta oferta (uwielbiam dostawać takie maile od klientów), proponuję XXX złotych. I tutaj sprzedający się jeży, bo on wystawił to za pińcet, kupujący na to, że do negocjacji więc negocjuje. Sprzedający ma dwie opcje, jeśli mu się ze sprzedażą spieszy i cena po negocjacji go zadowala może sprzedać, może też wymigać się tym, że zainteresowanie jest ogromne i jeżeli kupującemu zależy, uzyskać wyjściową cenę, a jeżeli to zainteresowanie jest faktycznie duże, urządzić swoistą licytację i zgarnąć jeszcze więcej. Ten ostatni trik udało mi się zastosować raz, bo pracuję w branży, w której jakby nie było handluję pewnym towarem. Ale często gęsto zdarza mi się, że moje wyjściowe ceny do negocjacji są. I wiem o tym ja i mój zleceniodawca. Potencjalny klient ewentualnie może się o tym dowiedzieć nieco później. Moje zarobki uwarunkowane są tym za ile coś uda mi się sprzedać, czyli im drożej, tym lepiej dla mnie. Bez negocjacji. Kupujący na ceny narzekają i narzekać będą, przecież każdy z nas kupuje i chciałby to robić taniej. Więc przypadek targowania się, kiedy sprzedawca sam to proponuje nie dziwi mnie.
Jak to wygląda u mnie? Znam cenę wyjściową i od takiej zaczynam. Wiem też jaką cenę minimalną chce uzyskać mój zleceniodawca. Więc mam różnicę do negocjacji. Tu następuje badanie rynku, i tak jak pisałem wcześniej jeżeli zainteresowanie jest bardzo duże działa to na plus dla mnie, bo towar można opchnąć szybko i za wyjściową cenę, jeżeli zainteresowanie jest znikome, trafia się jeden klient i do tego marudzący, a nam na transakcji zależy możemy go przekonać małym upustem, lub co jest chyba jeszcze lepszym pomysłem, dać mu do zrozumienia, że to jemu udało się coś wytargować, taki zabieg psychologiczny. Dumny z siebie klient, to zadowolony klient!
Tak jak wspomniałem wcześniej, marketingowiec ze mnie żodyn, ale jeżeli widzę w ogłoszeniu cenę do negocjacji, to automatycznie wiem, że mogę na transakcji trochę zaoszczędzić i mieć głęboko w poważaniu argumenty sprzedawcy, bo sam się na wstępie podłożył. Być może na swoją niekorzyść jeżeli nie będzie skory do upustu, bo inny klient z wyższą ceną może mu się nie trafić.
Kolejny raz nie znam się, to się wypowiadam i radzę: cenę do negocjacji miejmy w głowie, nie czarno na białym w ogłoszeniu.


Podobało się/nie podobało się? Zostaw komentarz i daj lajka na fejsbuku!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz