niedziela, 25 października 2015

Ukraińskie wspomnienia i smaki

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze byłem młody i podróżowałem, udało mi się dwa razy odwiedzić naszych wschodnich sąsiadów. Bardzo miło wspominam pobyt na Ukrainie, dwa razy zwiedziłem Lwów i raz Kamieniec Podolski. Z rozmów z ludźmi, którzy także byli we Lwowie wysnuwa się jeden wniosek - miasto zachwyca każdego, oczywiście mnie też urzekło. Przepiękna stara zabudowa, niestety za moich czasów bardzo brakowało jej odrestaurowania, wspaniały Cmentarz Łyczakowski i Cmentarz Orląt Lwowskich, mój pierwszy raz w operze (nie rozumiałem nic, ale całość, arie i inscenizacja robiły ogromne wrażenie), język polski z zabawnym akcentem, infrastruktura jakby kilkanaście lat do tyłu za naszą, robiąca ogromne wrażenie twierdza w Kamieńcu Podolskim, gdzie czuć ducha historii - pamiętam to wszystko bardzo dobrze i z wielką ochotę wróciłbym na Ukrainę zwiedzać kolejne miasta. Z mojego rodzinnego domu bliżej mi do Lwowa niż Krakowa czy Warszawy więc daleko nie mam. Poniżej kilka zdjęć z 2007 roku o świetnej jakości, pokazujących Lwów.

Widok z wieży ratuszowej



Gmach Opery Lwowskiej

Cmentarz Orląt Lwowskich

A wszystko to przypomniało mi się po wczorajszym spacerze, kiedy to na obiad zawędrowaliśmy do restauracji właśnie ukraińskiej. Nie będę się wzbraniał przed reklamą, bo z całego serca polecam to miejsce. Restauracja Ukraińskie Smaki przy ulicy Francuskiej (Warszawa, od strony Ronda Waszyngtona), mała, przytulna, ze swojskim, ludowym wystrojem, bez przepychu, drewniane meble nasuwają skojarzenia z bieszczadzkimi chałupami. Obsługa, kiedy się rozkręciła bardzo miła i pomocna, kelner na początek zaproponował (podobno świeżo przyrządzony) barszcz ukraiński. Pomimo tego, że uwielbiam to danie dzięki babci Jarka (pozdrawiam i babcię i Jarka), aż tak głodny nie byłem i zdecydowałem się tylko na drugie danie. Współbiesiadnicy jednak zamówili barszcz i nie omieszkałem go spróbować, faktycznie - bardzo dobry i przy następnej okazji jeżeli będę w okolicy specjalnie na niego wstąpię.





Zastawa w Ukraińskich Smakach też oddaje klimat i o wiele przyjemniej niż z białego talerza się z niej je. Przynajmniej to moje subiektywne odczucie. Po barszczach na stół wjechały dania główne. Ja wybrałem żarke, wieprzowina z warzywami: ziemniakami, marchewką, cebulą, pieczarkami, groszkiem, wszystko cudownie pachniało czosnkiem i było obficie posypane zieleniną. Proste, obfite danie, nic wyszukanego, a do tego bardzo smaczne i podane w glinianej donicy.




Kolejnym daniem były czanachy, podobne do powyższego ale z wołowiną i fasolą, wołowina była bardzo dobrze przyrządzona, a przynajmniej kawałek, który udało mi się podkraść.




Na koniec słowo o pielmieni, wybrane zostały te z mięsem, oczywiście skosztowałem, ale tu nie chcę się wypowiadać, bo mi ani pierogi, ani krokiety z samym mięsem w środku nie smakują, więc powiem, że pielmieni były takie, jakie być powinny.




Po takim obiedzie trzeba się było czegoś napić. Ogromnym plusem jak dla mnie jest dostępność jednego z moich ulubionych piw - Obołoń, i to w kilku wariantach. A dla nie pijących napojów alkoholowych polecam importowaną z Ukrainy lemoniadę w puszcze.



Taka przypadkowa wizyta (mieliśmy iść na chińczyka) sprawiła, że na mapie miasta mogę zaznaczyć kolejne miejsce, do którego warto pójść i smacznie zjeść, a do tego przypomniały mi się moje ukraińskie wycieczki.
Jeżeli ktoś z was będzie w okolicy i będzie głodny (albo spragniony) z całą odpowiedzialnością polecam Ukraińskie Smaki, mam nadzieję, że też traficie na pyszne jedzenie i miłą obsługę.

środa, 14 października 2015

Zjadłem drożdżówkę i żyję.

Telewizji nie oglądam, gazet nie czytam, informacje z internetów trafiają do mnie w śladowych ilościach, zwykle orientuję się tylko, że coś się stało, ale o co chodzi nie mam pojęcia. Tak więc nie znam się, to się wypowiem. Czyli trochę jak w telewizji.
Ze zdziwieniem czytałem doniesienia o wycofaniu a wręcz zakazaniu sprzedaży w szkołach drożdżówek. I innych niezdrowych produktów spożywczych. Spoko, zupki chińskie - chemia, jestem za, dziwne żelki, chipsy i prażynki walące starym olejem, ok, batony, czekolady, hmm, czy czekolada nie pomaga w nauce, skoncentrowaniu się? W dużych ilościach może szkodzić, fakt. Ale drożdżówki? Czemu drożdżówki? A bo dzieci grube.



Udało mi się z sukcesem przejść przez wszystkie etapy obowiązkowej edukacji i odkąd pamiętam najczęstszą formą drugiego śniadania w moim plecaku była ta zła, tłusta i śmiercionośna DROŻDŻÓWKA. Kilkanaście lat jedzenia drożdżówek (najbardziej lubiłem te z białym serem lub czekoladą - najbardziej tłuste) powinno zrobić ze mnie człowieka kulę. Kulę tłuszczu. Mało tego, w zamierzchłych czasach mojej podstawówki w dzikich latach dziewięćdziesiątych rytuałem powrotu ze szkoły (gdzie cała klasa jadła niezdrowe wypieki) była butelka trującej, słodkiej i lepkiej od cukru oranżady za pięćdziesiąt groszy. A w domu czekał obiad, pierogi (znowu z tłustym twarogiem) ze skwarkami, jajeczny makaron, tłuste mięsiwa. A na podwieczorek drożdżówka! Pamiętam nawet, że w podstawówce dzieci z najbiedniejszych rodzin w ramach pomocy (a pewnie ministerstwo edukacji czy inny organ władzy, który dba o tuszę uczniów o to zadbał) dostawały w szkole darmowe... drożdżówki. I tak sobie żarliśmy niezdrowo, owszem byli w klasie i grubsi, ale nie chorobliwie otyli. A zdrowe odżywianie się w tamtych czasach było chorą mrzonką. Chociaż mieszkaliśmy na wsi, większość produktów pochodziła z własnego podwórka, twaróg był tłusty a mleko miało zdecydowanie więcej niż 3,2%.
Dlaczego więc moje pokolenie nie wymiera aktualnie na choroby spowodowane otyłością i niezdrowym odżywianiem się, nie toczy się zamiast iść? Bo na wuef chodziliśmy ćwiczyć, nie zanieść zwolnienie, bo po szkole do nocy graliśmy w piłkę, nabijaliśmy kolejne kilometry na rowerach, spędzaliśmy każdą wolną chwilę aktywnie i na świeżym powietrzu, nawet przy -20 stopniach, bo na łyżwach człowiek się rozgrzewał. Nie siedzieliśmy pod kloszem i nasze matki nie wymyślały kolejnych bezglutenowych, bezcukrowych, bezsmakowych diet. ŻYJEMY, mamy po dwadzieścia kilka lat i nie zanosi na na nagły pomór.



Nie chcę, żeby mnie zrozumiano źle, zdrowa dieta jest ważna, sam odżywiam się w miarę zdrowo, ale nie jestem radykałem, dzieci nie mam (no dobra, mam jedno, ale nie mam) wiec się nie znam, ale mój brat wyrastał na moich oczach i na takiej samej diecie i też żyje. Wywalenie ze szkolnych sklepików syfiastych i chemicznych sztucznych produktów - TAK, pomysł z wycofaniem drożdżówek - CHORE. Przecież dzieci w drodze do szkoły mijają dziesiątki sklepów i mogą kupić, co chcą, bo pieniądze zwykle też mają jakieś, no chyba, że są wożone samochodami (a dupa rośnie).
Reasumując - we wszystkim trzeba znać umiar, a obowiązkiem rodziców jest wpajanie wiedzy o zdrowym odżywianiu się. Dzieci spuszczone z oczu i tak zrobią swoje, ważne żeby mając wybór między drożdżówką a paczką czipsów wiedziały co wybrać.
A teraz bijemy brawo dla pani ministry Kluzik-Rostkowkiej za szaleńczy bój w sprawie drożdżówek. Dobra robota!

poniedziałek, 12 października 2015

Jedenaście pytań od Kingi. I siedem ode mnie.

Kinga z kingway007.blogspot.com biorąca udział w zabawie polegającej na odpowiadaniu na pytania zadane przez innego blogera nominowała mnie do udzielenia odpowiedzi na swoje jedenaście pytań. Poniżej pytania i moje odpowiedzi, zawsze możecie dowiedzieć się o mnie czegoś więcej.




1. Trzy rzeczy, które zawsze masz przy sobie to...?
Zwykle przy sobie noszę papierosy, telefon i portfel, które mają dla siebie przypisane poszczególne kieszenie i kiedy któregoś z tych nie mam, czuje się jak bez kończyny. Z innej strony też prawie zawsze mam przy sobie plecak, a w nim zdjęcie Amy Winehouse (!) i kalendarz, w którym praktycznie nic nie zapisuję, ale mam, bo dostałem.

2. Skąd wzięła się nazwa Twojego bloga?
Pisałem o tym w swoim pierwszym wpisie na blogu, humor sytuacyjny. Broszka w kształcie kapelusza, rozmiar w sam raz na penisa, penis w kapeluszu = Elegancki Penis.

3. Jakie państwa do tej pory udało Ci się odwiedzić?
Niestety nigdy poza Europę nie wyjechałem, a chronologicznie były to: Słowacja, Niemcy, Ukraina, Rumunia, Bułgaria, Węgry i Serbia.

4. Jaki jest Twój ulubiony kwiat i dlaczego?
Kwiat jako element dekoracyjny może nie, ale roślina jako taka to rododendron, bo jest bardzo wymagający, łatwo zrobić mu krzywdę, ale kiedy się o niego dba pięknie się odwdzięcza (w moim ogrodzie umarły wszystkie różaneczniki, ale zwalam to na to, że się wyprowadziłem i nie było komu o nie dbać).

5. Jakie są trzy miejsca w Twoim województwie, które powinnam zobaczyć?
W województwie podkarpackim warte odwiedzenia moim zdaniem są: zamek w Łańcucie i koniecznie orchidarium, z całą pewnością Bieszczady i polecę Stalową Wolę, chociaż wszyscy twierdzą, że nic tam nie ma, najpierw muzeum COPu, a później spacer po mieście, żeby już wiedzieć na co zwracać uwagę.

6. Jaki jest Twój ulubiony środek transportu i dlaczego?
Nogi. Lubię chodzić, bo idąc można zobaczyć o wiele więcej, przystanąć kiedy tylko ma się ochotę, skręcić w dowolną uliczkę czy drogę. A w dalsze trasy samochód, chociaż nawet PKS mi nie straszny. Nienawidzę za to pociągów.

7. Twój hit tegorocznych wakacji (może być piosenka/pocztówka/książka, itd.)?
W tym roku wakacji nie było, przynajmniej dla mnie, jeżeli chodzi o ramy czasowe czyli lipiec-sierpień, to uznajmy za hit moje nowe przekłucie. Serio, nic ciekawszego, nawet piosenki ciągle te same. No i całkiem przyjemny wypad na Mazury, tak wyrwanie się z miasta na cztery dni było większym hitem niż kolczyk w karku.

8. Park narodowy, który najbardziej chciałabyś/chciałbyś zobaczyć?
W Polsce na pewno Biebrzański połączony z obserwacją ptaków.

9. Jaka jest Twoja ulubiona herbata?
Nie lubię herbaty, po herbacie chce mi się pić. Jeżeli już mnie z niewiadomych przyczyn na herbatę najdzie, to w Biedronce jest jakaś grapefruitowa, która mi w miarę smakuje.

10. Obok jakiej słodkości nie potrafisz przejść obojętnie?
Na starość jakoś przeszło mi łakomstwo i mam bardzo długie okresy bez słodyczy (nie licząc nagłych napadów, kiedy już, natychmiast muszę zjeść coś słodkiego). Ale moją najulubieńszą raczę, której nigdy nie omówię jest tiramisu!

11. Osoba, którą chciałabyś/chciałbyś poznać osobiście to...?
Katarzyna Nosowska, bo ona tak pięknie i mądrze mówi. A w jednym z wywiadów powiedziała, że uwielbia karmić ludzi, a ja uwielbiam jeść. Pani Kasiu, jadłbym!

Nie nominuję nikogo, bo nie znam aż tylu blogerów, a i może nie każdy ma ochotę na taką zabawę. Ale postaram się wymyślić kilka pytań, z chęcią poczytam odpowiedzi w komentarzach, jeśli się wstydzisz, zrób to anonimowo.

1. Jeśli przyjmiemy, że reinkarnacja istnieje, to uważasz, że kim byłeś w poprzednim wcieleniu, a kim będziesz w przyszłym? I dlaczego?
2. Czy jeśli pomimo starań wszystko idzie nie tak lepiej rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady, czy dalej próbować naprawić swoją sytuację?
3. Jeżeli przez kolejny rok miałbyś codziennie jeść wyłącznie jedzenie z jednego rodzaju kuchni świata, na którą byś się zdecydował?
4. Dlaczego ludzie oglądają hollywoodzkie produkcje całkowicie omijając kulturowo nam bliższe kino europejskie?
5. Które ze zwierząt, które ewidentnie zwierzęciem domowym nie jest chciałbyś za swojego pupila?
6. Twój ulubiony alkohol to?
7. Dlaczego jesteś na tym blogu?


poniedziałek, 5 października 2015

Płock żąda dostępu do morza!

Jestem typem muzycznego zbieracza. Znaczy to tyle, że odkąd słucham muzyki wszystko skrupulatnie zachowuję i od lat słucham tego samego, dodając oczywiście z biegiem czasu do playlisty nowe znaleziska.
Tak oto od lat w moich zbiorach znaleźć można Lao Che, które śmiało mogę nazwać (aktualnie) moim ulubionym polskim zespołem. Dlaczego? Bo jest zajebisty - po prostu. Teksty (o czym już nieraz wspominałem) są momentami wręcz genialne, oryginalna muzyka i świetne koncerty, a byłem na wielu.



Zaczęło się od ich drugiej płyty "Powstanie Warszawskie", bo jak większość moich znajomych przechodziłem rodzaj fascynacji II Wojną Światową, holokaustem, czytało się wiele książek, wspomnień więźniów, relacji dziadków. Płyta idealnie wpasowała się w ten klimat. I pomimo tego, że do końca nie potrafię określić czy powstańczy zryw w Warszawie był potrzebny czy nie, tak utwory z "Powstania Warszawskiego" pozwalają mi wyobrazić sobie tamte czasy, czuć, co czuli powstańcy.



Kolejny album "Gospel" jest zupełnie różny jeśli chodzi o tematykę utworów, jednakże muzyka i teksty ciągle stoją na najwyższym poziomie. Piosenki z "Gospel" przynajmniej mnie wydają się lekkie, pisane z przymrużeniem oka, pełne mistrzowskich metafor, lub opowiadające historie wprost. A tematami piosenek są kwestie religijne, możemy posłuchać o zerwaniu jabłka w raju, potopie i Arce Noego, poznać kawałek życia Jezusa, nazywanego Krystianem, lat trzydzieści trzy. A wszystko napisane w taki sposób, że chyba niemożna mówić o obrazie uczuć religijnych.



Czwarty krążek "Prąd stały / Prąd zmienny" (pozdro dla kumatych) jest chyba najmniej spójnym krążkiem Lao Che, każda piosenka z osobna jak zwykle na wysokim poziomie, ale brakuje im wspólnego mianownika, do czego zespół zdążył przyzwyczaić (albo ja go nie dostrzegam). na uwagę zasługuje z pewnością kawałek "Historia stworzenia Świata", świetnie opowiedziana przez Spiętego, fragment o dinozaurach jest moim ulubionym.



Przedostatnia jak dotąd płyta "Soundtrack" to ciągle zabawa słowem w tekstach, przy poprzedniej płycie można było zauważyć leciutki spadek formy, tutaj zespół wraca na swoje tory, chociaż spójności tekstów też już brak, pewnie Lao Che odeszło od tej konwencji. Utwór "Jestem psem" na żywo bardzo mi się podoba. Taki trochę hipnotyzujący.



O tegorocznym wydaniu "Dzieciom" jeszcze nie mogę się wypowiedzieć, jeszcze nie udało mi się go przesłuchać od deski do deski, wsłuchać i wyszukać perełek, póki co w głowie siedzi mi "Wojenka". Póki co mam jeden zarzut. Wielka szkoda, że Lao Che odeszło id konwencji w jakiej utrzymywali okładki swoich albumów, może były szare, bure i stonowane, ale łączyły się w całość. A tu nagle miś.



Nie wspominałem o pierwszym albumie Lao Che, "Gusłach", bo tak na dobrą sprawę przesłuchuję go właśnie (świadomie) może trzeci raz. Kiedyś strasznie się do niego zraziłem, już nawet nie wiem czemu i traktowałem po macoszemu. Jedno muszę stwierdzić, czuć ducha przeszłości, bardziej odległej niż Powstanie Warszawskie, w końcu śpiewają o gusłach.

Z tego miejsca bardzo, ale to bardzo chciałbym polecić zapoznanie się z dorobkiem Lao Che, bo to co nam serwują, to zwykle bardzo ciekawie i oryginalnie opowiadane historie ze świetną muzyką, gitary, perkusja i elektronika współbrzmią ze sobą idealnie.