Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 września 2016

Angina, ty kurwo!

Od kilku dni na karku czuję oddech śmierci. A raz poczułem go tak mocno, że na wszelki wypadek usunąłem historię przeglądania. Ostatni raz tak się bałem, kiedy spadłem z drzewa na plecy i odjęło mi na kilka chwil oddech. Chyba moje najgorsze doświadczenie - niemożność złapania oddechu. Parę nocy temu znów nie mogłem zaczerpnąć powietrza. Wróciła moja przyjaciółka angina. Pewnie stwierdziła, że skoro mogła mi rozjebać cały lipiec, to końcówkę lata też będzie mogła. No więc tak sobie znowu żyjemy od soboty razem, ona ma się bardzo dobrze, a ja mam wrażenie, że jedną nogą jestem już po drugiej stronie. I wcale nie uważam, że moja angina jest gorsza od porodu, po prostu jestem już tak wymęczony, że nawet nie mam siły leżeć.
Nie wiem czy to wina wieku, ale te moje dwie ostatnie anginy przechodzę jakoś wyjątkowo boleśnie, ta lipcowa nawet odpuściła na trzy dni Woodstocku, ale z festiwalu wróciłem z potwornym bólem. Ogólnie rzecz biorąc ja i Angina znamy się od zawsze, ból gardła nigdy nie był dla mnie czymś strasznym, bo było to coś czego doświadczałem przynajmniej raz w miesiącu, trwał góra trzy dni, od czasu do czasu z gorączką. Miałem przerośnięte migdałki plus jeszcze jeden bonusowy więc każda infekcja praktycznie zatrzymywała się na nich. Razu pewnego lekarz stwierdził, że własnie przez te za duże migdały za często choruję więc trzeba by przy nich pomajstrować, jak powiedział tak zrobił, ponadnormatywnego usunął, a dwa pozostałe zmniejszył o połowę. Nie polecam. Dwie otwarte rany w mordzie, dwa dni sączenia wody przez patyczek owinięty watą, próba przełknięcia czegokolwiek kończąca się piekielnym bólem. Pomogło? Może i częstotliwość angin się zmniejszyła za to intensywność wzrosła i to bardzo. Od lipcowej anginy gardło pobolewało mnie co jakiś czas, ale tak delikatnie, nie puchło, zakłuło (czemu nie ma takiego słowa w słowniku) kilka razy i na szczęście w nic się to nie rozwijało, podobnie było w ostatni piątek, zaczęło kłuć, później boleć, w sobotę bolało już regularnie, w niedzielę dostałem gorączki i kołdra została moją najlepszą przyjaciółką, w międzyczasie straciłem głos i w poniedziałek wybrałem się do lekarza. Głosu nie odzyskałem do dzisiaj, chociaż próby mówienia samemu do siebie wykazują poprawę, nie brzmię już jak bulgoczący, przejechany walcem idiota z wadą wymowy. A mój lekarz to temat na osobny wpis.
Dziś mija tydzień. Z domu wyszedłem tylko do lekarza, z łóżka wychodzę praktycznie tylko do łazienki, leżę zawinięty w kołdrę, łykam antybiotyk, ssę przeciwbólowe, psikam bakteriobójcze, płuczę chujami, mujami, dzikimi wężami i dalej kurwa boli, dalej jest spuchnięte, dalej nie mogę przełykać. A przełykać nie mogę do tego stopnia, że od niedzielnego śniadania w postaci 1/4 omleta zjadłem do dzisiaj pół miseczki zupy, kajzerkę i pół parówki, chciałem się pozbyć bebzola, to mam. A co do tych duszności ze wstępu, to bodajże z niedzieli na poniedziałek, kiedy wszystko sobie elegancko spuchło, jedyną opcją żeby zmieściło się w gardle było otwarcie szczęki i wywalenie języka, kiedy zamykałem szczękę, język dogniatał migdałki, one blokowały układ oddechowy. Zdarzyło mi się przysnąć nocą, obudziłem się spanikowany nie mogąc złapać oddechu, bo właśnie rzeczony język przycisnął migdałki, ropa wszystko pozaklejała, już prawie dzwoniłem na pogotowie, po czym uświadomiłem sobie, że raczej nic bym im nie powiedział, w połowie drogi do pokoju współlokatorki (pozdrawiam!) na szczęście coś się odetkało i mogłem odetchnąć. Tej nocy już ni spałem, paten z otwartą szczęką musiałem stosować trzy kolejne dni, zawiasy bolały fchuj.
No, tak że tego, ja nie narzekam, jest cudownie, robota leży odłogiem, wszystko po kolei się pierdoli, pamiętaj, jeśli jest źle, to za chwilę będzie jeszcze gorzej! Mam tylko nadzieję, że teraz kiedy pogoda się pieprzy i za chwilę ćwierć kraju rozłoży jesienna grypa, mnie przez moje letnie cierpienia ominie.

środa, 14 października 2015

Zjadłem drożdżówkę i żyję.

Telewizji nie oglądam, gazet nie czytam, informacje z internetów trafiają do mnie w śladowych ilościach, zwykle orientuję się tylko, że coś się stało, ale o co chodzi nie mam pojęcia. Tak więc nie znam się, to się wypowiem. Czyli trochę jak w telewizji.
Ze zdziwieniem czytałem doniesienia o wycofaniu a wręcz zakazaniu sprzedaży w szkołach drożdżówek. I innych niezdrowych produktów spożywczych. Spoko, zupki chińskie - chemia, jestem za, dziwne żelki, chipsy i prażynki walące starym olejem, ok, batony, czekolady, hmm, czy czekolada nie pomaga w nauce, skoncentrowaniu się? W dużych ilościach może szkodzić, fakt. Ale drożdżówki? Czemu drożdżówki? A bo dzieci grube.



Udało mi się z sukcesem przejść przez wszystkie etapy obowiązkowej edukacji i odkąd pamiętam najczęstszą formą drugiego śniadania w moim plecaku była ta zła, tłusta i śmiercionośna DROŻDŻÓWKA. Kilkanaście lat jedzenia drożdżówek (najbardziej lubiłem te z białym serem lub czekoladą - najbardziej tłuste) powinno zrobić ze mnie człowieka kulę. Kulę tłuszczu. Mało tego, w zamierzchłych czasach mojej podstawówki w dzikich latach dziewięćdziesiątych rytuałem powrotu ze szkoły (gdzie cała klasa jadła niezdrowe wypieki) była butelka trującej, słodkiej i lepkiej od cukru oranżady za pięćdziesiąt groszy. A w domu czekał obiad, pierogi (znowu z tłustym twarogiem) ze skwarkami, jajeczny makaron, tłuste mięsiwa. A na podwieczorek drożdżówka! Pamiętam nawet, że w podstawówce dzieci z najbiedniejszych rodzin w ramach pomocy (a pewnie ministerstwo edukacji czy inny organ władzy, który dba o tuszę uczniów o to zadbał) dostawały w szkole darmowe... drożdżówki. I tak sobie żarliśmy niezdrowo, owszem byli w klasie i grubsi, ale nie chorobliwie otyli. A zdrowe odżywianie się w tamtych czasach było chorą mrzonką. Chociaż mieszkaliśmy na wsi, większość produktów pochodziła z własnego podwórka, twaróg był tłusty a mleko miało zdecydowanie więcej niż 3,2%.
Dlaczego więc moje pokolenie nie wymiera aktualnie na choroby spowodowane otyłością i niezdrowym odżywianiem się, nie toczy się zamiast iść? Bo na wuef chodziliśmy ćwiczyć, nie zanieść zwolnienie, bo po szkole do nocy graliśmy w piłkę, nabijaliśmy kolejne kilometry na rowerach, spędzaliśmy każdą wolną chwilę aktywnie i na świeżym powietrzu, nawet przy -20 stopniach, bo na łyżwach człowiek się rozgrzewał. Nie siedzieliśmy pod kloszem i nasze matki nie wymyślały kolejnych bezglutenowych, bezcukrowych, bezsmakowych diet. ŻYJEMY, mamy po dwadzieścia kilka lat i nie zanosi na na nagły pomór.



Nie chcę, żeby mnie zrozumiano źle, zdrowa dieta jest ważna, sam odżywiam się w miarę zdrowo, ale nie jestem radykałem, dzieci nie mam (no dobra, mam jedno, ale nie mam) wiec się nie znam, ale mój brat wyrastał na moich oczach i na takiej samej diecie i też żyje. Wywalenie ze szkolnych sklepików syfiastych i chemicznych sztucznych produktów - TAK, pomysł z wycofaniem drożdżówek - CHORE. Przecież dzieci w drodze do szkoły mijają dziesiątki sklepów i mogą kupić, co chcą, bo pieniądze zwykle też mają jakieś, no chyba, że są wożone samochodami (a dupa rośnie).
Reasumując - we wszystkim trzeba znać umiar, a obowiązkiem rodziców jest wpajanie wiedzy o zdrowym odżywianiu się. Dzieci spuszczone z oczu i tak zrobią swoje, ważne żeby mając wybór między drożdżówką a paczką czipsów wiedziały co wybrać.
A teraz bijemy brawo dla pani ministry Kluzik-Rostkowkiej za szaleńczy bój w sprawie drożdżówek. Dobra robota!

poniedziałek, 6 lipca 2015

"- Cześć! Czy kojarzysz...?"

Jest ich pięcioro. Rozstawieni są wzdłuż chodnika, który przemierzam prawie codziennie. I stoją tam prawie codziennie. Uzbrojeni w listy, petycje i ulotki. I wkurwiają mnie już chyba drugi miesiąc. Aktywiści (?) z Amnesty International i Greenpeace. Teoretycznie niegroźni, chcą żeby jak największa ilość osób dowiedziała się o ich szczytnej działalności. W praktyce... Idziesz sobie do pracy, zmęczony jak zwykle, nie masz ochoty na żadne pogaduszki, a tu drogę zaskakuje ci uśmiechnięta od ucha do ucha dziewczynka (albo chłopiec), miło się z tobą wita i pyta czy kojarzysz wyżej wymienioną instytucję. Jeżeli masz jakiekolwiek doświadczenie z domokrążcami, ankieterami, "marketingowcami" wiesz, że nie wolno kontynuować rozmowy. Mnie zawsze udaje się uciec i jestem przy tym do porzygu miły, aż sam się sobą brzydzę. Żal mi tych zaczepionych nieasertywnych, którzy nie wiedzą, co ze sobą począć i wysłuchują o więźniach politycznych w Chinach czy niknącej populacji rysi. Jeżeli już dasz się zagadać, szybko się przekonasz, że zależy im tylko na twoim portfelu, co się dziwić, jakoś muszą się finansować i skądś mieć na kutry do walki z wielorybnikami. Ja sam ich jakby nie było wpieram, mają mojego maila, przysyłają mi różne petycje, które podpisuję, niestety nie mam ochoty żeby co miesiąc znikała mi z konta pewna suma. No ale nie to jest wkurwiające. Tak jak pisałem na wstępie, oni stoją tam codziennie i codziennie jestem zaczepiany przez jedną, dwie a czasem nawet pięć osób z rzędu, kiedy ruch na ulicy jest nikły. Nieważne, że idziesz z kimś i rzewnie dyskutujesz, że jesteś wpatrzony w telefon czy przez niego rozmawiasz, zawsze ktoś przed ciebie wskoczy, dosłownie! Doszło do tego, że chodzę drugą stroną ulicy, co przy obecnej aurze jest mało komfortowe ze względu na stuprocentowe nasłonecznienie tejże. Niechże oni zapamiętają moją twarz i dadzą mi spokój!
A propos pogody, jest pięknie (chociaż dzisiaj się zachmurzyło), uwielbiam kiedy grzeje, kiedy z nieba leje się żar, mogę siedzieć na słońcu i kumulować ciepło na zimę, bo zimy nienawidzę. Jest lato więc ma grzać. A co wymyśliła sobie moja osoba wraz z pierwszymi dniami kanikuły? Anginę. Straszną taką, nie pamiętam żeby mnie kiedyś tak poskładało. W sumie trzydniówka, ale wymęczyła mnie strasznie. Nie byłem w stanie przełykać więc w efekcie nie jadłem 2 dni, przyjmowanie płynów bardzo bolało, wszystko przez lewego migdałka wielkości piłki do tenisa. Stać i siedzieć też raczej nie mogłem.

Czas choroby spędziłem śpiąc, budząc się od czasu do czasu na przyjęcie płynów i lekarstw, po czym dosłownie padałem nieprzytomny. Choróbsko minęło, ostatnie dwa dni to błogi stan bez bólu gardła, można jeść jak człowiek. Ale żeby nie było kolorowo wczoraj wieczorem zaczął mnie boleć prawy migdał, troszkę mniej niż lewy wcześniej, ale wciąż. Kurwa! Do tego ćpię nielegalnie antybiotyki, bo nie umiem pójść do lekarza. A w ogóle to powinienem pozwać laryngologa, który kiedyś wymyślił, że zrobi mi dobrze. Bo problemy z gardłem to ja mam od zawsze. I przynajmniej raz w miesiącu mnie boli, ale nie aż tak i nawet tego nie zauważam, nauczyłem się z tym żyć. Ale swego czasu, będąc gdzieś na granicy podstawówki i gimnazjum (+/- rok) i kolejny raz z rzędu przechodząc anginę, laryngolog stwierdził, że pozbędziemy się trzeciego migdałka (w sumie praktyczne) i przytniemy, PRZYTNIEMY! dwa pozostałe. A więc przyciął. Ból, którego doświadczyłem po wybudzeniu się z narkozy był najstraszniejszym jaki mi się przydarzył kiedykolwiek, dwie wielkie otwarte rany, które goiły się z dwa tygodnie. No i nie pomogło.
Dziękuję, że mogłem się wyżalić, troszkę mi lżej. Podczas pisania migdał urósł bardziej i zaczął przytykać mi ucho, bosko.
A teraz coś przyjemniejszego. Chciałbym polecić film. Rzadko zdarza mi się coś oglądać, jeszcze rzadziej film amerykański. Udało mi się ostatnio obejrzeć Whiplash i jestem pod wielkim wrażeniem, pomimo tego, że amerykański, to podobał mi się bardzo. Miał w sobie coś, co bardzo mnie zaskoczyło.

Zwykle udaje mi się w mniejszym lub większym stopniu przewidzieć bieg fabuły, tak było kilka razy i w tym filmie, ale... potem następował nieoczekiwany zwrot, szczególnie pod koniec filmu. Fabuły nie będę streszczał, są filmłeby, ja jestem widzem wybrednym, a na filmwebie właśnie dałem ocenę 9/10.